Enshittification. Dlaczego Google i Facebook wydają się coraz gorsze?
Internet miał skracać drogę: do informacji, znajomych, wiadomości, zakupów, rozrywki. A jednak wielu użytkowników ma dziś poczucie, że musi przebijać się przez reklamy, sponsorowane wyniki, treści znikąd, SEO-śmieci, boty, clickbait i funkcje, o które nikt nie prosił.
Cory Doctorow nazwał ten proces „enshittification”. Brzydkie słowo, ale wyjątkowo pojemne. Opisuje moment, w którym platforma przestaje być narzędziem dla ludzi, a zaczyna być maszyną do wyciskania wartości z użytkowników, twórców, firm i reklamodawców.
To nie jest tylko internetowe narzekanie. Są badania, decyzje regulatorów i dokumenty finansowe pokazujące, że za pogarszającym się doświadczeniem stoją realne bodźce: reklama, monopolizacja uwagi, walka o dane, AI i presja wzrostu. Ale nie wszystko da się udowodnić jednym wykresem.
Najkrócej
- Enshittification to teoria Cory’ego Doctorowa o tym, jak platformy najpierw przyciągają użytkowników dobrą usługą, potem faworyzują klientów biznesowych, a na końcu wyciskają wartość z jednych i drugich.
- W przypadku Google najczęściej chodzi o reklamy, SEO-spam, treści afiliacyjne, własne moduły Google w wynikach oraz nowe odpowiedzi AI, które mogą ograniczać kliknięcia do zewnętrznych stron.
- W przypadku Facebooka chodzi o przesunięcie od sieci znajomych do algorytmicznego feedu pełnego rekomendacji, reklam, rolek, grup, treści od nieobserwowanych kont i materiałów projektowanych pod zaangażowanie.
- Nie jest potwierdzone, że Google czy Meta po prostu „celowo psują” swoje produkty. Potwierdzone jest natomiast, że ich modele biznesowe nagradzają maksymalizację uwagi, reklam i kontroli nad rynkiem.
- Google i Meta wciąż rosną finansowo. To ważne: enshittification nie oznacza, że platforma natychmiast umiera. Często oznacza, że działa gorzej dla użytkownika, ale lepiej dla przychodów.
- Regulatorzy w USA, Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej coraz częściej opisują te firmy jako podmioty o szczególnej sile rynkowej lub gatekeeperów.
- Największe pytanie brzmi nie „czy internet kiedyś był lepszy?”, tylko: kto dziś decyduje, co widzimy, ile za to płacimy i jak łatwo możemy odejść.
Co właściwie znaczy enshittification?
Najpierw platforma jest świetna. Tak świetna, że zaczynamy jej ufać.
Google znajduje lepsze wyniki niż konkurencja. Facebook pozwala zobaczyć, co słychać u znajomych. Amazon upraszcza zakupy. Twitter daje dostęp do rozmów, które wcześniej toczyły się za zamkniętymi drzwiami mediów, polityki i branżowych konferencji. YouTube przechowuje pół internetu wideo. TikTok trafia w gust tak precyzyjnie, że użytkownik ma wrażenie, jakby algorytm znał go lepiej niż znajomi.
Potem platforma staje się infrastrukturą. Nie tylko miejscem, do którego zaglądamy, ale miejscem, przez które przechodzą relacje, pieniądze, wiadomości, reklama, sprzedaż, praca twórców i widoczność firm. Wtedy zaczyna się drugi etap. Platforma nadal potrzebuje użytkowników, ale coraz więcej uwagi poświęca tym, którzy za dostęp do użytkowników płacą: reklamodawcom, sprzedawcom, wydawcom, markom, agencjom, twórcom zależnym od zasięgów.
Wreszcie przychodzi trzeci etap. Platforma ma już użytkowników. Ma też klientów biznesowych, którzy nie mogą łatwo odejść, bo tam są ich odbiorcy. Wtedy zaczyna przesuwać granicę: więcej reklam, mniej organicznego zasięgu, więcej opłat, więcej własnych produktów promowanych w kluczowych miejscach, więcej danych zamienianych w przewagę.
Cory Doctorow streścił to brutalnie: platformy najpierw są dobre dla użytkowników, potem nadużywają użytkowników, by dogodzić klientom biznesowym, a na końcu nadużywają także klientów biznesowych, by przechwycić wartość dla siebie. Tę spiralę nazwał właśnie „enshittification” — w wolnym, łagodniejszym tłumaczeniu: zasyfianiem się platform. Doctorow opisał ten mechanizm w styczniu 2023 roku na blogu Pluralistic, a pojęcie tak dobrze trafiło w nastroje użytkowników, że American Dialect Society wybrało je słowem roku 2023.
Słowo jest wulgarne, ale nieprzypadkowe. Nie opisuje zwykłego starzenia się produktu ani nostalgii za „dawnym internetem”. Chodzi o proces, w którym pogorszenie jakości nie jest błędem ubocznym, tylko efektem struktury zachęt. Platforma nie musi chcieć być gorsza. Wystarczy, że bardziej opłaca jej się stopniowo przesuwać ciężar z użyteczności na monetyzację.
I tu zaczyna się najważniejsza część rozmowy. Bo pytanie nie brzmi: „czy Google i Facebook są dziś obiektywnie gorsze w każdym wymiarze niż dziesięć lat temu?”. Takiego zdania nie da się uczciwie udowodnić jedną liczbą. Google ma lepsze tłumaczenia, mapy, wyszukiwanie obrazem, zabezpieczenia i funkcje AI. Facebook i Instagram mają sprawniejsze narzędzia wideo, moderację na większą skalę i globalną infrastrukturę.
Pytanie brzmi inaczej: dlaczego tak wielu ludzi ma poczucie, że produkty, od których są zależni, coraz częściej działają w interesie kogoś innego?
Dlaczego platformy psują się wtedy, gdy wygrywają?
Enshittification najłatwiej zrozumieć przez trzy słowa: uzależnienie, pośrednictwo, ekstrakcja.
Uzależnienie nie musi oznaczać psychologicznego nałogu. Chodzi o zależność praktyczną. Jeśli wszyscy znajomi są na Facebooku, odejście z Facebooka oznacza utratę kontaktu. Jeśli firma sprzedaje przez Google, zniknięcie z wyników wyszukiwania może oznaczać utratę przychodu. Jeśli wydawca jest zależny od ruchu z wyszukiwarki lub mediów społecznościowych, zmiana algorytmu może przewrócić jego model biznesowy w jedną noc.
Pośrednictwo oznacza, że platforma stoi między grupami, które siebie potrzebują. Użytkownicy chcą treści, firmy chcą użytkowników, twórcy chcą odbiorców, reklamodawcy chcą uwagi. Platforma kontroluje przejście. Może ustalać reguły, zmieniać ranking, wprowadzać opłaty, przesuwać widoczność, zmieniać formaty i mówić: tak teraz działa system.
Ekstrakcja to moment, w którym platforma zaczyna pobierać coraz większą część wartości, bo może. Nie musi całkowicie zniszczyć doświadczenia użytkownika. Wystarczy, że pogorszy je do poziomu, który jest irytujący, ale jeszcze nie dość irytujący, by ludzie masowo odeszli. Doctorow nazywa to kruchą równowagą: użytkownik mówi „nienawidzę tego serwisu”, ale nadal go otwiera, bo tam są ludzie, praca, klienci, archiwa, pamięć i codzienny nawyk. W tekście dla „Financial Times” Doctorow rozciągnął tę diagnozę poza pojedyncze platformy i pisał o szerszym „enshittocene”, epoce psujących się usług cyfrowych.
Warto od razu postawić granicę. To nie znaczy, że każda zmiana w Google czy Facebooku jest dowodem złej woli. Platformy mierzą się ze spamem, oszustwami, botami, dezinformacją, nadużyciami SEO, kosztami infrastruktury i presją konkurencji. Część zmian naprawdę może mieć sens produktowy.
Ale wielkie platformy są jednocześnie firmami giełdowymi. Muszą rosnąć. A kiedy rynek użytkowników jest już nasycony, wzrost coraz częściej bierze się nie z tego, że produkt staje się wyraźnie lepszy, tylko z tego, że użytkownikowi pokazuje się więcej reklam, mocniej optymalizuje uwagę, podnosi ceny reklamodawcom, ogranicza darmowy zasięg albo przechwytuje ruch, który wcześniej trafiał gdzie indziej.
To dobrze widać w wynikach finansowych. Alphabet w komunikacie za czwarty kwartał 2025 roku podał, że roczne przychody firmy po raz pierwszy przekroczyły 400 mld dolarów, a przychody Google Services w samym kwartale wzrosły do 95,9 mld dolarów. Firma chwaliła się też, że wyszukiwarka miała „więcej użycia niż kiedykolwiek”, a YouTube przekroczył 60 mld dolarów rocznych przychodów z reklam i subskrypcji.
Meta w wynikach za 2025 rok podała 200,97 mld dolarów przychodu, z czego 196,18 mld dolarów pochodziło z reklam. Jednocześnie liczba wyświetleń reklam w rodzinie aplikacji wzrosła o 12 proc. rok do roku, a średnia cena reklamy o 9 proc.
To nie są liczby upadających firm. I właśnie dlatego enshittification jest ciekawszym pojęciem niż zwykłe „platforma się kończy”. Platforma może być finansowo silniejsza niż kiedykolwiek, a jednocześnie coraz bardziej męcząca dla użytkowników.
Google: od wyszukiwarki do pola walki o uwagę
Google stał się synonimem szukania, bo przez lata robił jedną rzecz wyjątkowo dobrze. Wpisywało się pytanie, dostawało listę linków i dość szybko można było znaleźć odpowiedź. Reklamy były obecne, ale przez długi czas miały prostą formę i wyraźnie odróżniały się od wyników.
Dziś strona wyników Google jest czymś innym. To nie tylko lista linków. To reklamy, moduły zakupowe, mapy, odpowiedzi bezpośrednie, panele wiedzy, wideo, grafiki, wyniki lokalne, fragmenty zewnętrznych stron, a coraz częściej także odpowiedzi generowane przez AI. Z punktu widzenia użytkownika bywa to wygodne. Z punktu widzenia wydawcy, sklepu, bloga, forum albo małej strony oznacza to, że walka o widoczność toczy się na ekranie, którego właścicielem i sędzią jest Google.
Problem „czy Google się pogarsza” długo był głównie anegdotą. Użytkownicy narzekali, że muszą dopisywać „reddit”, żeby znaleźć ludzkie odpowiedzi. Że wyniki są zalane rankingami typu „10 najlepszych odkurzaczy”, które wyglądają jak testy, ale w praktyce są katalogami linków afiliacyjnych. Że strony pisane pod SEO wygrywają z treściami pisanymi dla ludzi. Że coraz trudniej dotrzeć do małych, specjalistycznych źródeł.
W 2024 roku pojawiło się badanie, które częściowo tę intuicję porządkuje. Janek Bevendorff, Matti Wiegmann, Martin Potthast i Benno Stein przeanalizowali wyniki Google, Binga i DuckDuckGo dla 7392 zapytań dotyczących recenzji produktów. Wnioski były ostrożne, ale ważne: wszystkie badane wyszukiwarki miały znaczące problemy z wysoko zoptymalizowanymi treściami afiliacyjnymi, a autorzy zauważyli też związek między użyciem afiliacji a niższą złożonością treści. To nie dowodzi, że „cały Google jest zepsuty”. Dowodzi natomiast, że w ważnej kategorii zapytań komercyjnych wyszukiwarki przegrywają część walki z treściami tworzonymi pod ranking.
Google nie zaprzecza, że problem istnieje. W marcu 2024 roku firma ogłosiła zmiany mające ograniczyć niskiej jakości, nieoryginalne treści w wynikach. Według Google po zakończeniu wdrożenia miało być ich o 45 proc. mniej, niż przed aktualizacją. To dane własne firmy, więc trzeba je traktować jako stanowisko Google, nie niezależny audyt. Ale sam komunikat jest znamienny: jeśli firma musi ogłaszać wielką akcję przeciw treściom „stworzonym dla wyszukiwarek zamiast dla ludzi”, to znaczy, że internet nauczył się grać pod Google tak skutecznie, iż Google musi bronić się przed skutkami własnej dominacji.
Drugi wątek to reklama i preferowanie własnych usług. W Unii Europejskiej sprawa Google Shopping stała się jednym z najważniejszych przykładów sporu o to, czy platforma może jednocześnie organizować rynek i wystawiać na nim własny produkt. Trybunał Sprawiedliwości UE w 2024 roku utrzymał karę 2,4 mld euro za nadużycie pozycji dominującej przez faworyzowanie własnej porównywarki zakupowej w wynikach wyszukiwania.
W USA sąd federalny w 2024 roku uznał, że Google jest monopolistą w obszarze ogólnych usług wyszukiwania i działał w celu utrzymania monopolu; Departament Sprawiedliwości USA informował później o rozstrzygnięciach dotyczących środków zaradczych. W Wielkiej Brytanii CMA nadała Google status strategicznej pozycji rynkowej w zakresie wyszukiwania ogólnego i reklamy w wyszukiwarce, a w 2026 roku konsultowała wymogi dotyczące m.in. uczciwego rankingu, wydawców, wyboru użytkownika i przenoszenia danych.
To są twarde fakty regulacyjne. Nie mówią: „Google jest bezużyteczny”. Mówią: Google ma taką pozycję, że sposób projektowania wyników wyszukiwania staje się sprawą publiczną, a nie tylko prywatną decyzją produktową.
Trzeci wątek to AI. Google przekonuje, że AI Overviews i AI Mode pozwalają zadawać dłuższe, bardziej złożone pytania, a firma nadal wysyła miliardy kliknięć do stron internetowych. W sierpniu 2025 roku Liz Reid z Google pisała, że całkowity wolumen organicznych kliknięć z wyszukiwarki pozostaje relatywnie stabilny rok do roku, a „jakość kliknięć” wzrosła. Google twierdzi też, że raporty mówiące o dramatycznych spadkach często mają wadliwą metodologię albo opierają się na wybranych przykładach.
Po drugiej stronie są wydawcy, właściciele stron i analitycy, którzy twierdzą, że odpowiedzi AI przechwytują część wartości z treści tworzonych poza Google. Ten spór nie jest rozstrzygnięty. Uczciwie trzeba powiedzieć: są raporty i pozwy wskazujące na spadki ruchu, są też stanowiska Google, które temu przeczą albo inaczej interpretują dane. Potwierdzone jest natomiast samo napięcie: Google chce odpowiadać użytkownikowi szybciej i pełniej na własnej stronie, a otwarty internet żył dotąd z tego, że użytkownik po odpowiedź przechodził dalej.
I to jest bardzo doctorowowski moment. Platforma, która kiedyś była mapą internetu, coraz częściej staje się miejscem docelowym. Mniej „oto najlepsze źródła”, więcej „oto odpowiedź”. Dla użytkownika to bywa wygodne. Dla ekosystemu może być kosztowne.
Facebook: coraz mniej znajomych, coraz więcej algorytmu
Facebook startował jako sieć społeczna w najbardziej dosłownym sensie: znajomi, zdjęcia, statusy, wydarzenia, grupy, komentarze. Otwierało się serwis, żeby zobaczyć ludzi, których się zna. Z czasem feed stał się mieszanką: treści znajomych, stron, grup, reklam, rolek, rekomendacji, postów od kont, których nie obserwujemy, materiałów viralowych i formatów przeniesionych z konkurencyjnych platform.
Tu enshittification działa inaczej niż w Google. W wyszukiwarce frustracja wynika z tego, że użytkownik czegoś szuka, a dostaje ścianę pośredników. W Facebooku frustracja częściej polega na tym, że użytkownik niczego konkretnego nie szuka, ale algorytm i tak prowadzi go przez treści, które mają utrzymać uwagę.
Meta sama opisuje, że jej systemy AI przewidują, jak wartościowa może być dla użytkownika dana treść i na tej podstawie decydują, co pokazać wcześniej. Firma publikuje tzw. system cards dla Facebooka i Instagrama, obejmujące Feed, Stories, Reels i inne powierzchnie, w tym rekomendacje treści od osób, grup i kont, których użytkownik nie obserwuje. Meta podkreśla też, że użytkownicy mają narzędzia kontroli, takie jak „Show more”, „Show less”, „Not interested” czy możliwość przełączenia się na bardziej chronologiczny widok.
To brzmi rozsądnie. Ale z perspektywy użytkownika problem polega na czym innym: im więcej treści wybiera algorytm, tym mniej oczywiste staje się, czym Facebook właściwie jest. Czy to nadal sieć znajomych? Telewizja społecznościowa? Platforma reklamowa? Marketplace? System rekomendacji wideo? Narzędzie do grup lokalnych? Wszystko naraz?
W modelu Meta odpowiedź brzmi: wszystko, co zwiększa użycie i przychód reklamowy, może stać się częścią doświadczenia. To nie musi być cyniczne. To po prostu logika platformy reklamowej. Meta w 2025 roku zarobiła z reklam ponad 196 mld dolarów, a jej „Family daily active people” wyniosło średnio 3,58 mld w grudniu 2025 roku. Firma ma więc ogromną skalę i bardzo silny powód, by optymalizować każdą sekundę uwagi.
Z punktu widzenia enshittification kluczowe jest przejście od relacji do rekomendacji. Dawny Facebook obiecywał: pokażemy ci ludzi, których znasz. Nowy Facebook i Instagram mówią raczej: pokażemy ci to, co prawdopodobnie zatrzyma cię dłużej, niezależnie od tego, czy pochodzi od twoich znajomych.
To nie jest wyłącznie problem estetyczny. Jeżeli feed opiera się na przewidywaniu zaangażowania, łatwo premiować treści ostre, emocjonalne, uproszczone, konfliktowe albo po prostu dziwne. Meta ma polityki ograniczania szkodliwych treści i deklaruje, że obniża dystrybucję materiałów problematycznych. Ale mechanizm bazowy nadal polega na nieustannym rankingu uwagi.
Dlatego wielu użytkowników ma wrażenie, że Facebook „już nie pokazuje znajomych”. Czasem to przesada, czasem wynik indywidualnych ustawień, czasem efekt tego, że znajomi sami mniej publikują. Ale ogólny kierunek jest realny: platformy społecznościowe przesunęły się od grafu społecznego, czyli relacji między ludźmi, do grafu zainteresowań i rekomendacji, czyli relacji między użytkownikiem a treściami, które system uznaje za angażujące.
Do tego dochodzi problem rynku. Amerykańska Federalna Komisja Handlu oskarżała Meta o utrzymywanie monopolu poprzez przejęcia Instagrama i WhatsAppa oraz strategię eliminowania zagrożeń konkurencyjnych. To były zarzuty, nie fakty prawomocnie stwierdzone. I tu trzeba wyraźnie zaznaczyć aktualny stan: w listopadzie 2025 roku sąd federalny uznał, że FTC nie udowodniła, iż Meta ma obecnie monopol w zdefiniowanym przez agencję rynku, a w styczniu 2026 roku FTC zapowiedziała apelację.
W Unii Europejskiej Meta jest jednak traktowana jako gatekeeper pod Digital Markets Act, podobnie jak Alphabet, Apple, Amazon, ByteDance i Microsoft. Komisja Europejska wskazuje Facebooka, Instagrama, WhatsAppa, Messengera i Meta Ads jako podstawowe usługi platformowe objęte reżimem DMA. Komisja ukarała też Meta za model „pay or consent” w wysokości 200 mln euro, wskazując na obowiązek zaoferowania użytkownikom mniej spersonalizowanej, ale równoważnej alternatywy, oraz nałożyła osobną karę 797,72 mln euro w sprawie Facebook Marketplace.
Znów: to nie dowodzi, że każdy użytkownik ma gorsze doświadczenie każdego dnia. Dowodzi, że regulatorzy widzą w Meta nie zwykłą aplikację, ale prywatną infrastrukturę komunikacji i reklamy, której decyzje wpływają na całe rynki.
Co jest faktem, a co tylko internetowym narzekaniem?
Wokół enshittification łatwo popłynąć, bo pojęcie jest chwytliwe i emocjonalne. Dlatego warto rozdzielić kilka warstw.
Faktem jest, że termin spopularyzował Cory Doctorow i że jego definicja dotyczy stopniowego przesuwania wartości od użytkowników i partnerów biznesowych w stronę platformy. Faktem jest też, że słowo zrobiło dużą karierę językową i zostało wybrane słowem roku 2023 przez American Dialect Society.
Faktem jest, że Google i Meta mają ogromną siłę rynkową, a regulatorzy w USA, Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej prowadzą lub prowadzili wobec nich poważne postępowania. W przypadku Google istnieją rozstrzygnięcia dotyczące monopolu w wyszukiwaniu w USA i faworyzowania własnej usługi zakupowej w UE. W przypadku Meta obraz jest bardziej mieszany: są unijne decyzje i kary, ale amerykańska sprawa FTC o monopol zakończyła się na razie zwycięstwem Meta w pierwszej instancji i zapowiedzią apelacji przez FTC.
Faktem jest, że Google walczy z treściami niskiej jakości tworzonymi pod wyszukiwarkę, a niezależne badanie z 2024 roku wykazało problem z treściami afiliacyjnymi w wynikach dla zapytań produktowych. Ale nie jest potwierdzone, że „Google jest dziś ogólnie bezużyteczny” albo że wyniki pogorszyły się w każdej kategorii. Badanie dotyczyło konkretnego typu zapytań i konkretnych wyszukiwarek.
Faktem jest, że Meta coraz mocniej opiera Facebooka i Instagrama na systemach rekomendacji AI. Ale nie jest potwierdzone, że każdy spadek jakości feedu wynika wyłącznie z chciwości Meta. Wpływa na to także zmiana zachowań użytkowników: mniej osobistych postów, więcej wideo, migracja młodszych odbiorców, konkurencja TikToka, wzrost znaczenia twórców i komercjalizacja całej kultury internetowej.
Faktem jest, że AI Overviews w Google są przedmiotem sporu o ruch do wydawców. Nie jest jednak rozstrzygnięte, jaka jest skala strat w całym ekosystemie i ile wynika bezpośrednio z AI, a ile z innych zmian w zachowaniu użytkowników. Google twierdzi, że ruch organiczny jest stabilny, a kliknięcia są jakościowo lepsze. Część wydawców i analityków twierdzi, że widzi spadki. Obie strony mają interes w swojej narracji.
Niepotwierdzone są natomiast proste tezy w rodzaju: „Google specjalnie ukrywa dobre wyniki, żeby zmusić ludzi do klikania reklam” albo „Facebook celowo pokazuje oszustwa, bo na nich zarabia”. Takie zdania mogą pojawiać się w debacie publicznej, ale wymagają dowodów na intencję, a nie tylko na skutek. Uczciwsza wersja brzmi: modele biznesowe oparte na reklamie, uwadze i kontroli dostępu tworzą zachęty, które mogą pogarszać doświadczenie użytkownika, nawet jeśli firmy przedstawiają zmiany jako ulepszenia.
To subtelna, ale ważna różnica. Enshittification nie musi być spiskiem. Może być księgowością.
Czy da się zatrzymać psucie platform?
Doctorow wskazuje cztery hamulce: konkurencję, regulację, możliwość samodzielnej obrony użytkowników i siłę pracowników. Brzmi abstrakcyjnie, ale da się to przełożyć na codzienny internet.
Konkurencja oznacza, że użytkownik może odejść bez utraty całego życia cyfrowego. Jeśli zmiana komunikatora oznacza utratę kontaktów, historii rozmów i społeczności, to wybór jest pozorny. Dlatego tak ważna jest interoperacyjność, przenoszenie danych i możliwość łatwego eksportu treści. Unijny Digital Markets Act idzie częściowo w tym kierunku, bo traktuje największe platformy jako gatekeeperów i nakłada na nie szczególne obowiązki.
Regulacja oznacza, że platforma nie może sama ustalać wszystkich reguł rynku, na którym jednocześnie gra. To szczególnie ważne przy wyszukiwarce. Jeżeli Google decyduje, co widać w wynikach, a jednocześnie ma własne usługi, reklamy, moduły zakupowe i odpowiedzi AI, to pytanie o neutralność rankingu przestaje być techniczne. Staje się polityczne i gospodarcze.
Samodzielna obrona użytkowników to możliwość blokowania reklam, wyboru alternatywnego klienta, ustawienia chronologicznego feedu, filtrowania treści, eksportowania danych, korzystania z innych wyszukiwarek i decydowania, jak aplikacja ma działać. W świecie aplikacji mobilnych jest to trudniejsze niż w dawnym, otwartym webie. Platformy wolą kontrolowane środowiska, bo tam łatwiej egzekwować własne reguły.
Siła pracowników brzmi najmniej oczywiście, ale ma znaczenie. To ludzie w firmach projektują systemy rekomendacji, formaty reklam, narzędzia moderacji i wdrożenia AI. Jeśli kultura organizacyjna premiuje wyłącznie wzrost wskaźników, a nie jakość doświadczenia, prywatność czy zdrowie ekosystemu, produkt będzie przesuwał się w stronę tego, co da się zmierzyć i sprzedać.
Czy użytkownik może coś zrobić sam? Trochę tak, ale bez złudzeń. Może zmienić domyślną wyszukiwarkę, korzystać z RSS, newsletterów, bezpośrednio odwiedzać zaufane strony, ograniczać rekomendacje, czyścić obserwowane konta, używać blokerów, wybierać chronologiczne widoki, płacić za media, które chce utrzymać. To pomaga odzyskać część kontroli.
Ale enshittification jest problemem systemowym. Nie zaczęła się dlatego, że pojedynczy użytkownicy byli leniwi. Zaczęła się dlatego, że internet został zorganizowany wokół kilku prywatnych bram, przez które przechodzi uwaga miliardów ludzi. Jeżeli brama zarabia na tym, że zatrzymuje nas jak najdłużej, to będzie coraz lepsza w zatrzymywaniu. Niekoniecznie w pomaganiu.
Najbardziej niewygodna prawda jest taka: Google i Facebook nie muszą stać się „złe”, żeby stać się gorsze dla wielu użytkowników. Wystarczy, że będą konsekwentnie robić to, do czego zachęca je rynek: monetyzować uwagę, zwiększać kontrolę nad przepływem informacji i przesuwać granicę irytacji tak długo, jak większość ludzi jeszcze nie odejdzie.
Enshittification nie tłumaczy wszystkiego. Tłumaczy jednak to szczególne uczucie, które zna dziś wielu użytkowników internetu: niby wszystko działa szybciej, mądrzej i bardziej automatycznie, a jednak coraz częściej trzeba się przez to przebijać.
Źródła
- Pluralistic — „TikTok’s enshittification”, Cory Doctorow
- https://pluralistic.net/2023/01/21/potemkin-ai/
- Financial Times — „‘Enshittification’ is coming for absolutely everything”, Cory Doctorow
- https://www.ft.com/content/6fb1602d-a08b-4a8c-bac0-047b7d64aba5
- American Dialect Society — „2023 Word of the Year Is ‘Enshittification’”
- https://americandialect.org/2023-word-of-the-year-is-enshittification/
- Springer / ECIR 2024 — „Is Google Getting Worse? A Longitudinal Investigation of SEO Spam in Search Engines”
- https://link.springer.com/chapter/10.1007/978-3-031-56063-7_4
- Google — „New ways we’re tackling spammy, low-quality content on Search”
- https://blog.google/products-and-platforms/products/search/google-search-update-march-2024/
- Google — „AI in Search is driving more queries and higher quality clicks”
- https://blog.google/products-and-platforms/products/search/ai-search-driving-more-queries-higher-quality-clicks/
- Alphabet / SEC — „Alphabet Announces Fourth Quarter and Fiscal Year 2025 Results”
- https://www.sec.gov/Archives/edgar/data/1652044/000165204426000012/googexhibit991q42025.htm
- U.S. Department of Justice — „Department of Justice Wins Significant Remedies Against Google”
- https://www.justice.gov/opa/pr/department-justice-wins-significant-remedies-against-google
- Competition and Markets Authority — „Google’s general search and search advertising services”
- https://www.gov.uk/cma-cases/googles-general-search-and-search-advertising-services
- Court of Justice of the European Union — komunikat w sprawie kary 2,4 mld euro dla Google
- https://curia.europa.eu/jcms/upload/docs/application/pdf/2024-09/cp240135en.pdf
- Meta — „How AI Influences What You See on Facebook and Instagram”
- https://about.fb.com/news/2023/06/how-ai-ranks-content-on-facebook-and-instagram/
- Meta Investor Relations — „Meta Reports Fourth Quarter and Full Year 2025 Results”
- https://investor.atmeta.com/investor-news/press-release-details/2026/Meta-Reports-Fourth-Quarter-and-Full-Year-2025-Results/default.aspx
- European Commission / Digital Markets Act — „Gatekeepers Portal”
- https://digital-markets-act.ec.europa.eu/gatekeepers-portal_en
- European Commission — „Commission finds Apple and Meta in breach of the Digital Markets Act”
- https://ec.europa.eu/commission/presscorner/api/files/document/print/en/ip_25_1085/IP_25_1085_EN.pdf
- European Commission — „Commission fines Meta €797.72 million over abusive practices benefitting Facebook Marketplace”
- https://ec.europa.eu/commission/presscorner/api/files/document/print/en/ip_24_5801/IP_24_5801_EN.pdf
- Associated Press — „FTC says it will appeal Meta antitrust decision”
- https://apnews.com/article/752463c7783ba14b00b686fe0c933f88
